Coś się kończy czy jednak nowy początek?

Etto... witam, może ktoś mnie kojarzy, może nie. Trochę czasu zeszło od ostatnich moich wypocin. Nieco zmienił mi się styl, humor, podejście do życia... Ale, czy na gorsze, czy na lepsze, nie mnie to oceniać! A więc tak, słowem wstępu, Kinmakur, to ja. Wielce szanowna widownia i czytelnicy - to Wy. Wypociny to to co czytacie. Enjoy!



Dom, praca, dom, praca... Pomóc tu, pomóc tam, a chrzańcie się wszyscy w cholerę. Znacie to uczucie monotonii? Ja tak. Cały czas to samo w kółko i znowu, nie ważne jak bym się nie starał, zawsze wpada się w to samo gówno. Wszystko jest tyle samo warte. Każdy nasz trud, każdy wysiłek, każde słowo i oddech... I nie, nie jestem pesymistą, wolę miano realisty.

Środa. Zima. 2018rok. 14luty. Walentynki. Jak kto tam chce to nazywać.
Dzień zakochanych? Dzień chorych psychicznie? Wszystko jedno i to samo.
Wstałem z łóżka, dzisiaj mam wolne. Kto się cieszy niech się cieszy. Wziąłem dzień wolny, bo w mojej cudownej pracy celebrują te święta. Skąd to wiem? Pracuje tam już 5 lat i co roku przypada mi ten zaszczyt dekorowania tego pożalsięboże przybytku. Zwlokłem się z łóżka i powoli powłóczając nogę za nogą dotarłem do łazienki. Szybkie spojrzenie w lustro i och! Jakież było moje zdziwienie. Zobaczyłem tę samą rozczochraną czarną czuprynę co zawsze. Kilka kosmyków włosów walało się gdzieś po twarzy zasłaniając jedno z moich lazurowych oczu. Lekki zarost, nie mam ochoty się golić, niech więc sobie jest. I tak nikt tego nie dotyka, nie mam się komu podobać. Dobra, co dalej? Dalej widać juz tylko moją klatkę piersiową, gdyby nie to, że z nudów zacząłem chodzić na siłownię i basen, to i to by było pewnie zapuszczone, ale kupiłem sobie karnet, więc nie będą mi się pieniądze marnować. Dalej bokserki, ale to nie info dla was. Zbereźnicy.
Tak... a więc tak wygląda osoba która to do was mówi. A nazywam się Marc Hudson, jestem pracownikiem pewnej firmy XXX (nie chcemy tu przecież lokowań produktów, prawda? Nie płacą mi za to dodatkowo.) Poważna firma, poważni ludzie... A ja taki niepoważny. 173 wzrostu, wiecie jak uroczo wyglądam w garniturze? Ach tak, aż wcale. Wziąłem sobie szybko zimny prysznic, ubrałem się ciepło i wyszedłem na miasto, w celu zrobienia zakupów. Wychodzę z domu po cichu, bo mój cudowny sąsiad zaraz mnie usły... HEJ!
Gdy tylko zamknąłem drzwi akurat ta menda otworzyła swoje.
- Marc! Kopę lat! - zawołała pędząca ku mnie srebrnowłosa kupa miłości. Szybki unik i po sprawie. Tak mi się zdawało, ale objał mnie od tyłu. - Nie uciekniesz mi!
- Borze szumiący Edward! Odsuńże się ode mnie! Puść mnie! - zacząłem wierzgać nogami gdy mnie uniósł. Kim jest Edward? To jest mój były. Tak, mój były z którym mieszkałem kiedyś razem, rozeszliśmy się po pewnej tragedii o której nie mam najmniejszej ochoty wam teraz mówić, jużby wszystko chcieli wiedzieć. Mój były ma 182cm wzrostu, krótkie jasno-brązowe włosy które machnął sobie z jakiegoś powodu na srebrno i jest nadpobudliwym idiotą.
- Czy ktoś Ci już mówił, że jak na taką cudną istotę jesteś bardzo marudny?
- Czy ktoś Ci już mówił, że masz się ode mnie odstosunkować? - warknąłem w jego stronę poprawiając płaszcz i czapkę.  - puść bo zacznę krzyczeć!
- Żadna różnica i tak to zawsze robisz. - wzruszył ramionami ten kolos.
Westchnąłem ciężko. - Masz zamiar ze mną iść do sklepu jak zawsze? - Rzuciłem krótko w jego stronę gdzy mnie w końcu puścił. Rzadko kiedy puszcza mnie samego jak już się widzimy.
- Nie, nie dzisiaj. Mam randkę. - powiedział dumny, a mnie aż wmurowało. Od dwóch lat nie jesteśmy razem, cały czas się za mną uganiał i nagle... Ma randkę. Coś we mnie umarło. Lubiłem mimo wszystko to, jak z mną biega, nie sądziłem, że się znudzi... Nie dałem jednak po sobie nic poznać, z wciąż kamienną miną skinąłem. - Powodzenia więc. - Mruknąłem i zszedłem po schodach idąc do tego nieszczęsnego osiedlowego sklepu.

No proszę, jednak moja monotonia nie jest znowu taka wieczna.


Komentarze